Poeti polacchi

Copertina di Poeti polacchi

 
 
Poeti polacchi
Andrzej Sosnowski, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Tomasz Różycki, Julia Fiedorczuk, Joanna Mueller
a cura di Andrea Ceccherelli e Nadzieja Bąkowska
traduzioni di Leonardo Masi, Marco Vanchetti, Andrea Ceccherelli, Serena Buti, Marta Wanicka
Pagine 240
Prezzo 15 euro
ISBN 979-12-81825-58-1
 
 


 
 

La presente antologia propone al lettore italiano l’opera di cinque poeti che hanno esordito fra il 1990 e l’inizio del nuovo millennio; cinque voci che riteniamo rappresentative delle tendenze della poesia polacca contemporanea. Le più rappresentative? O addirittura le migliori? La poesia contemporanea polacca è una realtà in pieno fermento. Dopo la svolta politica del 1989, d’altra parte, non si registrano cesure interne; e i suoi protagonisti si profilano, si evolvono, si intrecciano in configurazioni che di volta in volta brillano e si dissolvono senza giungere a cristallizzarsi in una “scuola poetica polacca” quale quella che, nella seconda metà del Novecento, ha primeggiato sulla scena poetica mondiale grazie all’opera di Miłosz, Herbert, Szymborska, Różewicz, fino a Zagajewski. […] Il panorama della poesia polacca contemporanea presenta un quadro di voci e fenomeni non solo molteplice, non solo dinamico, ma – oseremmo dire – magmatico, simile a lava non ancora solidificata, che ha reso molto complesso il lavoro di selezione, imponendo criteri di rappresentatività che talora hanno finito per prevalere sul gusto stesso dei curatori. […] Poeti importanti sono rimasti necessariamente fuori. Ci conforta il parere di Miłosz: “L’antologia può essere considerata un genere letterario specifico, così come le raccolte di citazioni, che riuniscono i pensieri di vari autori. A fronte di una sempre crescente molteplicità, le antologie permettono a singole voci di farsi spazio in mezzo al chiasso collettivo” (Abbecedario, Adelphi 2010, p. 39).

Andrea Ceccherelli, Nadzieja Bąkowska

 
 

Andrzej Sosnowski

Spacer przed siebie

Czy zasłużyłeś na górnolotną fikcję
tego życia bez faktów, ten wszędobylski sens?
O zmroku megafony wydają sekrety,
słowa gór ponad które nie wybiega słońce
i w rosnącym szumie nasłuchujesz orkiestry
karnawałowych festynów: żonglerzy i pajace
ruszają w arterie, dzwonki i czynele
brzęczą jak obłok jednodniowych muszek.
I serce robi w tył zwrot, i rozum idzie w rozsypkę,
kiedy świat ciemnieje w oczach, a one pierzchają
stropione, tulą się pod powieki albo chowają
pod krzaczkami brwi, bo mają dość już, dość.
Kiedy więc przestanę upadać w te światy?
Kiedy spuścisz z tonu i zaczniesz prząść cienko,
kiedy spróbujesz ułomnych pejzaży, kątem oka
spojrzysz, zbierzesz skrawki przydrożnych spraw,
znajdziesz punkt i z punktu zdejmiesz przyrodę
ze stanowiska. A potem na spacer
z kieszeniami pełnymi forsy i wonnych chusteczek
na wszelki wypadek. I wchodzisz w wieczór
jak w strzelistą aleję, w ciemności powietrze
gęstnieje od widm: ich głosy pulsują
niby rechot żab, wysoki hymn komarów.

Una passeggiata dritto davanti a sé

Ti sei meritato la finzione elevata
di questa vita senza fatti, questo senso ubiquo?
Al crepuscolo i megafoni elargiscono segreti,
parole di montagne sopra le quali il sole non accorre
e nel rumore crescente ascolti l’orchestra
dei festini carnevaleschi: giocolieri e pagliacci
si immettono nelle arterie, campanelli e piatti
risuonano come una nube di moscerini di maggio.
E il cuore fa dietro-front e la ragione va in pezzi,
quando il mondo ti si fa scuro davanti agli occhi e quelli scappano
confusi, si rifugiano sotto le palpebre o si nascondono
sotto i cespuglietti delle sopracciglia, perché sono stufi, stufi.
Allora quando la smetterò di cadere in quei mondi?
Quando abbasserai la cresta e inizierai a passartela male,
quando proverai paesaggi difettosi, con la coda dell’occhio
guarderai, raccoglierai pezzi di faccende lungo la strada,
troverai il punto e dal punto solleverai la natura
dall’incarico. E poi a passeggiare
con le tasche piene di soldi e fazzoletti profumati
per ogni evenienza. Ed entrerai nella sera
come in un viale slanciato, la strada nell’oscurità
si fa densa di fantasmi: le loro voci pulsano
come gracidare di rane, come inno alto di zanzare.

 

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

tumor linguae

w sąsiednim pokoju umiera moja matka
odkąd pamiętam umiera raz po raz w małym
pokoju dolnym a kiedy indziej w większym
górnym właśnie zaczynam w nim urzędowanie
na czym polega moje urzędowanie piszę wiersze
proszę państwa pochylam się nad zmyśloną kartką
papieru jak nad samym sobą i spływa na mnie
natchnienie migotliwe światło zapalam je raz
po raz w ciemnym pokoju dolnym bądź górnym
w zależności od rozwoju sytuacji odkąd pamiętam
nie mam stosunku proszę państwa do napisanego
i skończonego wiersza do widzenia moja najdroższa

tumor linguae

nella stanza accanto sta morendo mia madre
dacché ho memoria muore ancora e ancora nella stanza
piccola al piano di sotto e altre volte in quella più grande
di sopra dove sto per iniziare l’esercizio delle mie funzioni
in cosa consistono le mie funzioni scrivo versi
signore e signori mi chino su un foglio immaginario
di carta come su me stesso e mi cala addosso
l’ispirazione una luce intermittente l’accendo ancora
e ancora nella stanza buia al piano di sotto o in quella di sopra
a seconda di come evolve la situazione dacché ho memoria
non ho rapporti signore e signori con la poesia
scritta e finita arrivederci mia diletta

 

Tomasz Różycki

Spalone mapy

Dla J.B.

Pojechałem na Ukrainę, to był czerwiec
i szedłem po kolana w trawach, zioła i pyłki
krążyły w powietrzu. Szukałem, lecz bliscy
schowali się pod ziemią, zamieszkali głębiej
niż pokolenia mrówek. Pytałem się wszędzie
o ślady po nich, ale rosły trawy, liście,
i pszczoły wirowały. Kładłem się więc blisko,
twarzą na ziemi i mówiłem to zaklęcie –
możecie wyjść, już jest po wszystkim. I ruszała
się ziemia, a w niej krety i dżdżownice, i drżała
ziemia i państwa mrówek roiły się, pszczoły
latały ponad wszystkim, mówiłem wychodźcie,
mówiłem tak do ziemi i czułem, jak rośnie
trawa ogromna, dzika wokół mojej głowy.

maj 2005

Mappe bruciate

Per J. B.

Sono andato in Ucraina, era di giugno
e avevo l’erba alle ginocchia, turbini
di pollini e aromi. Cercavo i miei cari,
ma si erano nascosti sottoterra,
sotto generazioni di formiche. Niente
tracce di loro, solo erba, foglie
e il ronzio delle api. Allora mi sdraiavo
la faccia a terra e dicevo la formula:
«potete uscire, ormai è finita». E si muoveva
la terra, con talpe e lombrichi, e tremava
fra il brulichio delle colonie di formiche
e il volteggiare delle api e io dicevo
«uscite» alla terra e sentivo crescermi
selvaggia, enorme, l’erba intorno al capo.

maggio 2005

 

Julia Fiedorczuk

Chrząszcz

Zagnieżdżam się, mam w słońcu legowisko.
Wgryzam się w surowy dzień, łykam świeże światło.
Po brodzie płynie sok – pół
Pomarańczy, rozkrojone jabłko, kościste
Maliny w mojej przepastnej paszczy.
Tyle czasu. Niedziela! Jak połać jedwabiu.
Tyle słońca, że apetyt wzrasta i pragnę
Latać, zataczać wesołe koła, pikować
Błękit, puścić się w pijaną pogoń slalomem
Za cieniem lipowego liścia. Tyle życia,
Że wrze w malutkim sercu, że prawie rozsadza
Mój chitynowy kostium, moją suknię z ciała.
Tyle mam dzisiaj głodu i tyle pragnienia
Że dzień musi się zmienić w nieskończony strumień
Nasyconej żółci, ten soczysty owoc, świat.

Coleottero

Faccio il nido, ho nel sole un giaciglio.
Addento il giorno crudo, ingoio luce fresca.
Per il mento scorre il succo – mezza
Arancia, pezzi di mela, nodosi
Lamponi nelle mie fauci profonde.
Tanto tempo. È domenica! Come una distesa di seta.
Tanto sole che l’appetito cresce e desidero
Volare, volteggiare allegra, trapuntare
l’azzurro, inseguire in ebbro slalom
l’ombra di una foglia di tiglio. Tanta vita
Che ribolle nel piccolo cuore, che quasi sfonda
Il mio costume di chitina, il mio abito di corpo.
Tanta oggi è la mia fame e tanta la sete
Che il giorno si deve trasformare in un flusso infinito
Di bile satura, questo frutto succoso, il mondo.

 

Joanna Mueller

znikopis

któregoś dnia się poddam
dam się przydławić światu
i nikt nie będzie mnie już żywił sympatią
i nikt wśród żywych nie będzie mi życzliwy
pozwolę powytrącać z rąk obrzucić zarzutami
wpisać w oszukiwarkę wtłoczyć w gotowiec zdarzeń
gdy wszyscy mi się staną prośbą i rozproszeniem
gdy zaśnie we mnie dziecko którym już nie będę
pozanikają odruchy gęby w języku zabraknie
zostaną moja niemoc i wasze wymogi
i coraz mniej mnie będzie dla mnie
tuzinkowa naskórkowa
niedosiężna w smutku
minięta z powołania
opowiem wam to prościej
lecz
póki – póty
nie
nie wezmę i nie przestanę

[autocenotaf]

etch a sketch

un giorno mollerò
mi farò soffocare dal mondo
e nessuno più mi nutrirà di affetto
e nessuno fra i vivi mi vedrà di buon occhio
mi lascerò spiazzare lanciare critiche addosso
digitare nel motore di rimbroglio infilare in un copione
quando tutti mi diventeranno richiesta e distrazione
quando si spegnerà in me la bambina che non sarò più
svaniranno i riflessi della bocca nella lingua mancherà
resteranno la mia impotenza e i vostri criteri
e ci sarà sempre meno me per me
ordinaria epidermica
inattingibile nella tristezza
sorpassata per vocazione
per dirla in maniera semplice
eppure
finché – fin lì
no
non prendo e non smetto

[autocenotaffio]